niedziela, 7 września 2014

Dzień dobroci dla włosów

Miał być blog o różnorodnej tematyce, a to kolejny post o włosach. Deirdre, nie przesadzasz?

Jako iż nie mam czasu w tygodniu dbać o włosy, weekendami staram się jak najbardziej je dopieszczać. W dni, kiedy chodzę do szkoły, myję je metodą OMO, używam odżywki b/s i zabezpieczam końcówki (produkty, o których wspominałam tutaj). Czasem używam jeszcze pianki (o której również wspominałam; w najbliższym czasie spróbuję zastąpić ją żelem z siemienia lnianego).
Dziś post wyszedł mi na podobieństwo fotoreportażu.
Zacznę od zdjęć z wczorajszego wieczora, robionych tuż po rozczesaniu włosów.


Zaraz po zrobieniu nadających się zdjęć, zmoczyłam włosy i... Postanowiłam je jednocześnie nakremować i naolejować. Wybrałam brązujący mus i olej kokosowy, które widzicie poniżej. Prawdę mówiąc, boję się efektu. Tak samo jak efektu tego, co opiszę w następnej chwili.


Powyżej zdjęcie włosów po zabiegu, a przed snem. Przy robieniu tego zdjęcia, stwierdziłam, że szafa będzie chyba lepszym tłem niż drzwi. Dodatkowo, możecie zaobserwować, jaki mam gust muzyczny. Wielu z tych zespołów przestałam słuchać, jednak nadal mam do nich sentyment. Muzyka miała (i nadal ma, ale już nieco inna) na mnie duży wpływ. Ale o tym może kiedy indziej.

Rano wybrałam się do łazienki w celu dokończenia pielęgnacji. Zmyłam z głowy mieszankę, umyłam włosy metodą OMO i nałożyłam mleczną maskę Crema al Latte (Pettenon Cosmetici, Serical, Crema al Latte) wymieszaną z papryką (która nadaje włosom miedziany odcień) i odrobiną cytryny. Jak zresztą za chwilę zobaczycie, po zmieszaniu nie wyglądało to zbyt ładnie. Z kolei tą mieszankę trzymałam na włosach około półtorej godziny. Tu także zamieszczę zdjęcie (choć to bez sensu, tak samo jak zamieszczanie poprzedniego zdjęcia).


Po wspomnianym czasie wynoszącym półtorej godziny, zmyłam i maskę. Na sam koniec zastosowałam jeszcze płukankę cebulową (o której także wspominałam). Gdy włosy nieco podeschły, spryskałam je odżywką b/s i zawinęłam w bawełnianą koszulkę.

Włosy jeszcze odrobinkę wilgotne, tuż przed wyjściem
Efekty?
Niesamowita miękkość i lekkość włosów.  Jednocześnie sprawiały wrażenie niesamowicie  delikatnych. Co mnie pozytywnie zaskoczyło to  ich wygląd po koncercie (Rockowa Zbiórka  Żywności, o czym pewnie napiszę w następnym poście). Zdawały się być jeszcze bardziej miękkie. Co dziwne, odniosłam wrażenie, że całościowo wyglądają jakby lepiej. Zastanawiam się, której części zabawy z włosami powinnam zawdzięczać taką trwałość i efekt. W każdym razie - jestem bardzo zadowolona. Niżej widzicie zdjęcia sprzed kilkudziesięciu minut, czyli jakieś 24 godziny po tym obok i kilkanaście godzin po zakończeniu koncertu. Oceńcie sami.

Na sam koniec warto zadać trudne pytanie... Jakiego właściwie koloru są moje włosy? ._.
















xoxo